Bieg niepodległości w Szczytnie

Dzisiaj pojechałem trochę na pałę, jak ostatnia zmora organizatorów. Po prostu jak się ogarnąłem to już za późno na zapisy elektroniczne było. Ekipa biura zawodów nie do końca była przygotowana na wolnych strzelców, ale mały handel pod biurem zawodów - dzięki Edyta nr startowy 77 :) mówiłaś ze nie wiesz czy dobiegniesz a byłaś chyba ze 2 minuty przede mną -i  jest, mam numer i koszulkę nawet. Ale nie idźcie tą drogą. W każdym razie o 12 rozgrzany, bez butów i w nowej blogowej koszulce jestem na starcie. Trochę się niepokoję bo to pierwszy mój bieg bez butów po kostce. A jak widziałem po drodze może być nieciekawie.Start! lecimy.... zacząłęm spokojnie. Plan jest taki żeby dotruchtać do mety około 30 minut i nie zrobić sobie krzywdy. Zresztą kostka brukowa na placu Juranda nie zachęca do szybkiego biegu. Ale zaraz przechodzi w kostkę betonową, a wzdłuż plaży można nawet trochę trawy zahaczyć. Powoli się rozkręcam wymijając kolejnych zawodników i wyczekując pasa zieleni który na trasie jest miedzy kostką dla pieszych i dla rowerów. Wyprzedzam zawodnika na wózku, trochę późno wymyślił ze kostka z frezem, na ścieżce pieszej wprawia przednie koła w drgania. Już zjechał na rowerową i jest lepiej. Do końca jeziora stabilizuję tempo. Teraz już nikt nie wyprzedza ani nie jest wyprzedzany, mijamy się tylko co rusz z zawodnikami z psami (BTW czy oni maja oddzielną kategorię? Czy taki husky raczej ciągnie czy przeszkadza?) którzy lecą szybciej, ale co jakiś czas poją zwierzaki w jeziorze.Za połówka próbuje trochę dołożyć, ale po minięciu paru zawodników łapie mnie kolka pod prawym żebrem i skutecznie spowalnia. Skończył się też pas zieleni i to także sprawia, że zwalniam. Dogania mnie wyprzedzony wcześniej zawodnik na wózku i bez trudu wyprzedza. Staram się nie zwalniać, uciskam ręką pod żebrem i wmawiam sobie że przecież musi minąć. Może przejść do marszu? Szkoda pozycji i czasu .... czy ja w ogóle dobiegnę. Po około kilometrze mordęgi kolka lekko puszcza, jest lepiej. Za to wchodzi coś w górna część czworobocznego (tą nad lewym obojczykiem) ale to betka. Znów mogę przyspieszyć, moc w nogach i tlen w płucach pozwalają. Zaczynają się niespodzianki na moim pasku życia - wąskiej zielonej nitce między ścieżkami. Kasztany, szyszki itp.  głowa pracuje cały czas wypatrując miejsca pod bezpieczne lądowanie stopy. "Hej kolego kolka puściła, gonię Cię" krzyczę do sportowca na wózku i po chwili już jestem przed nim. Wpadamy już do parku miejskiego, z przodu widzę gdzieś Tomka. No nie muszę być przed nim. Zaraz rozjedzie Was potężna bosonoga lokomotywa - myślę i mijam kolejnych zawodników, rzeczywiści sapiąc jak parowóz. Ostatnia prosta, zakręt w lewo i finish po kostce. Jestem na mecie, podziwiam medal i dziwię się zegarowi. Znów się wkręciłem na tempo, jest niewiele niższe niż moje najlepsze starty w obuwiu. Pozdrawiam wszystkich znajomych i nie z którymi zamieniłem parę słów na temat biegania boso. Dzięki za Waszą troskę. Stopy mam po biegu jak widać całe!

 

 

07 października 2018