Debiut bosonogiego

Już  dawno nosiłem się z zamiarem uruchomienia biegowego bloga. Takiego trochę innego niż inne. Jestem biegowym mięsem armatnim, piechotą, która ląduje na mecie powyżej 3 kwartyla. Moje czasy są jakie są i dobrze mi z tym. To my, truchtacze zapełniamy biegi masowe dzięki czemu zwycięzcy mogą być jeszcze bardziej dumni ze swoich osiągnięć. Łamiemy życiówki lub nie, walczymy z kontuzjami lub nie, trenujemy lub nie. W każdym razie czerpiemy z biegania i ze startowania w imprezach nieopisaną radość. I o tym głównie będzie ten blog. O radości którą daje bieganie.

                Na debiut wybrałem konkretną imprezę – 10 km w Krutyni, jako bieg towarzyszący Maratonowi Mazury. Założenia były proste – przebiec dychę na bosaka i nie przybyć do mety ostatni. Trasę wydawało mi się że znam, poza tym miała dość szczegółowy opis. Wyzwaniem wydawał mi się 300 metrowy odcinek po kostce. Od zeszłego roku coś tam podbieguję boso, 5 km nie stanowi dla mnie problemu po leśnych drogach. Pozwoliło mi to wyleczyć oba rozcięgna podeszwowe i jest ciekawym urozmaiceniem mojego biegania.

                No więc jesteśmy! 10 kwietnia grzejemy Czarną Strzałą do Gałkowa na start biegu. Biuro zawodów średnio ogarnięte, nie znają regulaminu. Pogoda taka sobie, nie wiadomo czy wytrzyma i nie rozpada się. Rozgrzewam się w butach obserwując hopsasa jakie serwuje zawodowiec rozgrzewający zawodników ze sceny. 15 minut przed startem kończy z hasłem – no i postarajcie się nie wystygnąć, co nie napawa optymizmem co do sensu tej zabawy. Ale ja mam inne zmartwienia – muszę zostawić moje wypasione Asics’y z milionem systemów które mają mi robić dobrze i zaufać produktowi w który mnie wyposażyła natura – stopom. Na starcie asfalt, trochę dziwnie, ale wkrótce zmienia się w gruntową przyjemną dla stóp drogę z Gałkowa do Krutyni. To wiem że będzie przyjemnie. Nagle niespodzianka – odbijamy lekko w lewo, nie sądziłem że będziemy tędy biegli. Droga zamiast gruntowa jest żwirowa! Następne 2 km to walka o przetrwanie. Mijają mnie kolejni zawodnicy, nawet ojciec 50+  z drącym się w niebogłosy dzieckiem w wózku. Dzieciak jest naprawdę bardzo mały, jedzie na leżąco i trzęsie się na wybojach. Ma gorzej ode mnie, w końcu jego skołatany błędnik wyłącza jednostkę centralną i zasypia (chyba) w każdym razie wyłącza syrenę. Ja w tym czasie drobię jak gejsza, wykonując 5 kroków tam gdzie inni biegacze dwa. Zastanawiam się czy nie zrezygnować, tak się nie da biec przez 10km. Próbuję poboczem, próbuję środkiem, próbuję śladem kół – wszędzie mnóstwo ostrego żwirku kaleczącego stopy. A miało być tak pięknie. W końcu dobiegamy do Krutyni i za asfaltem droga zmienia nawierzchnię. Trochę trawy a potem zwykła gruntowa – balsam dla moich stóp. Ucinam krótką pogawędką z biegaczką która opowiada mi o chorobie którą niedawno zwalczyła. Truchtamy gdzieś w końcówce stawki, ja walczę z nawierzchnią, ale to nic w porównaniu z tym co Ona przeszła by znaleźć się na starcie i dobiec do mety. Czuję się coraz pewniej i wyprzedzam. Doganiam Piotra, znanego dziennikarza telewizyjnego, współorganizatora imprezy. Rozmawiamy chwilę, ale rozkręcam się i gonię tych, którzy wyprzedzili mnie na żwirze. Znów Krutyń i ta kostka betonowa której tak się obawiałem. Okazuje się niczym w porównaniu z tym co już za mną. Dalej znów jest miękko i ciekawie – zakręty, podbiegi. Nie ma miejsca na nudę, głowa i nogi pracują na obrotach. Dajemy tą drogą którą od początku wziąłem za trasę biegu. Jeszcze finisz, nie dziewczyny, nie obiegniecie mnie teraz. Tanio skóry nie sprzedam! Widzę zdziwioną minę Marka (znam go z biegów na orienetację) który kibicuje przy mecie. Maciek dajesz! Gdzie masz buty! Wpadam na metę trąc podeszwami o asfalt bo takie jest ostatnie 300 metrów trasy. Jeeest! I to poniżej godziny. Dałem radę. Gruby Biega Boso!

 

02 października 2018